Obrazy z czerwonej strefy

W strefie zielonej oddziału covidowego Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego zawisła wystawa fotografii Małgorzaty Smieszek. To fragmenty fotograficznego obrazu codziennej walki personelu oddziału o życie pacjentów.

Fotogłód

Małgorzata Smieszek jest absolwentką pierwszego rocznika olsztyńskiego Liceum Plastycznego oraz technologii żywności. Pracę licencjacką pisała na ART, a magisterską - już na UWM. Przez wiele lat jej kariera zawodowa rozwijała się liniowo i zgodnie z zawodem wyuczonym. W 2005 r. otworzyła w Olsztynie naleśnikarnię „Pomarańcza”. Naleśnikarnia szybko zyskała uznanie klientów, ale w pewnym momencie Małgorzata zapragnęła czegoś innego. Sprzedała „Pomarańczę” i zajęła się fotografią. Zapisała się do Warszawskiej Szkoły Fotografii i Grafiki Projektowej i obecnie zajmuje się pracą dyplomową.

Fotografować zaczęła w 12. roku życia. Zdjęcia robiła zawsze, a szczególnie podczas wyjazdów, które bardzo lubi.

- Zapisałam się do tej szkoły, bo skoro już fotografuję to chcę to robić dobrze, profesjonalnie, a nie po amatorsku – wyjaśnia Małgorzata. W przyszłości chciałaby fotografią zarabiać na życie, realizując ambitne zadania reporterskie lub artystyczne.

Najpierw był lockdown

Skąd pomysł na fotografowanie codzienności w szpitalu covidowym?

- Kiedy wiosną 2020 r. zaczął się lockdown, najpierw robiłam zdjęcia w domu. Potem wyszłam z aparatem na ulicę. Kiedy nadeszła 2. fala pandemii i 2. lockdown przyszło mi do głowy, że mogłabym sfotografować to, co dzieje się w szpitalu, ale nie epatować widza obrazami cierpiących ludzi, tylko pokazać pracę personelu. Ludzie z zewnątrz jej nie widzą, a pacjenci przeważnie nie dostrzegają lub nie rozumieją – wyjaśnia fotografka.

Dziekan Wydziału Lekarskiego i szefostwo szpitala początkowo do jej pomysłu odnosili się sceptycznie. Przekonał ich argument, że otrzymają dokumentację tego trudnego czasu. Personel oddziału również z początku traktował ją nieufnie. Z czasem lody stopniały.

Co ja tu robię?

- Wchodziłam do czerwonej strefy już 7 razy o różnych porach doby. To, dlatego, aby sfotografować różne sytuacja, ale chodziło mi także o światło i nastrój zdjęć. Najtrudniejszy był pierwszy raz. Musiałam założyć 2 kombinezony, 2 maski. Szło mi to opornie i zanim się ubrałam, już miałam zaparowane okulary i maskę. Było mi gorąco, spociłam się pod tym kombinezonem. Prawie nic nie widziałam i zdjęcia robiłam na „czuja”. Potem już poszło lepiej. Teraz nawet sama potrafię się ubrać. Zrobiłam mnóstwo zdjęć, wiele nieudanych. Przy okazji poznałam wielu pacjentów. Czują się bardzo samotni, bo jedyny kontakt ze światem to telefon. Były to rozmowy poruszające, wzruszające. Niektórzy zgodzili się na zdjęcia, więc miałam możliwość robić im je co jakiś czas i obserwować, jak bardzo ta choroba niszczy ludzi, jak ich zmienia. Czasem  nawet pomagałam. Wtopiłam się w zespół – opowiada Małgorzata.

Praca na oddziale covidowym była dla Małgorzaty dużym doświadczeniem życiowym.

- Spotykam się tam z realnym niebezpieczeństwem i nieraz zastanawiam się, co ja tam robię: czy to głupota czy odwaga? Mam przecież rodzinę.

7 prac Małgorzaty Smieszek zawisło już w strefie zielonej oddziału covidowego Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego.  To tylko fragment całego projektu fotograficznego, który realizuje pod roboczą nazwą „Pandemia Time".  W przyszłości, gdy już pandemia ustąpi, pojawi się ich w szpitalu więcej.

Wszystkie łóżka zajęte

Oddział covidowy w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym ruszył 22 października 2020 r. w odpowiedzi na wniosek wojewody. Jego urządzanie trwało tylko 2 dni, chociaż pociągnęło za sobą duże zmiany organizacyjne. Oddział powstał na bazie Oddziału Kardiologii i Chorób Wewnętrznych. Ten zajął miejsce Oddziału Otolaryngologii, który przeniósł się i ścieśnił z Oddziałem Chirurgii Szczękowo-Twarzowej.

Oddział covidowy liczy 25 łóżek. Wszystkie to tzw. łóżka tlenowe, ale 8 z nich jest dodatkowo wyposażonych w respiratory. W ciągu 2 pierwszych dni wszystkie łóżka na oddziale covidowym zostały zajęte i taki stan trwa cały czas.

Na oddziale pracują sami ochotnicy. To 4 stałych lekarzy: dr hab. n. med. Leszek Gromadziński prof. UWM – kierownik Katedry i Kliniki  Kardiologii i Chorób Wewnętrznych, dziekan Wydziału Lekarskiego a obecnie kierownik Oddziału covidowego, dr n. med. Łukasz Grabarczyk, lek. Radosław Borysiuk  - dyrektor szpitala  i lek. Michał Smoliński - lekarz rezydent. 2 miesiące wspierał ich prof. Marcin Mycko – kierownik Oddziału Neurologii. Od 2 miesięcy 2 razy w tygodniu pomaga prof. Wojciech Maksymowicz, kierownik Kliniki Neurochirurgii. Dodatkowo dyżury na oddziale pełnią inni lekarze z Oddziału Kardiologii i Chorób Wewnętrznych. Chorymi zajmują się ponadto 24 pielęgniarki. Do tego dochodzi 8 salowych i sprzątaczek.

Czerwona strefa

Oddział covidowy składa się z 2 stref: zielonej i czerwonej. W czerwonej przebywają tylko chorzy i ten personel, który nimi się aktualnie zajmuje. W strefie zielonej przebywa ten personel medyczny, który odpoczywa i w danym czasie chorymi się nie zajmuje. Między strefami jest śluza i łazienka, w których wszyscy wchodzący i wychodzący do strefy czerwonej się przebierają i myją pod prysznicem, aby spłukać z siebie wirusy.

Prof. Gromadziński i lek. rezydent Michał Smoliński na oddziale są codzienne w godz. 8-15. Do strefy czerwonej wchodzą 2 razy: z rana i po południu, na obchody. Poza tym wkraczają do niej w razie nagłej potrzeby. Oprócz nich są 2 3-osobowe zespoły pielęgniarek. Wchodzą do czerwonej strefy na 3 godziny, po których następuje zmiana. Pierwszy zespół odpoczywa w strefie zielonej a drugi działa w czerwonej.

Wejście do czerwonej strefy nie jest sprawą prostą. Każdy, kto do niej wchodzi, musi się rozebrać i założyć jednorazowe ubranie. Na to naciąga jednorazowy podgumowany specjalny kombinezon. Na głowę zakłada 2 pary masek oraz gogle i przyłbicę. Na ręce – 3 pary gumowych rękawiczek. Pielęgniarki oprócz 3 par rękawiczek zakładają jeszcze 4, inną do każdego pacjenta.

Rozbierać się trzeba według odpowiedniej procedury, aby nie zarazić się niesionymi na sobie wirusami.

- Na początku ubieranie się zajmowało mi do 15 minut. Teraz robię to w 5 minut – informuje prof. Gromadziński.

Strój zabezpieczający przed zarażeniem się jest niestety uciążliwy. Już po półgodzinie tkwiący w nim człowiek jest spocony jak mysz. Ma jeszcze jedną niedogodność: nie widać, kogo kryje. Dlatego wszyscy wchodzący do strefy czerwonej piszą na ubraniu swoje imiona i funkcje, żeby chorzy wiedzieli, z kim mają do czynienia.

Pomimo tych zabezpieczeń i wielkiej ostrożności na COVID-19 zachorowała już połowa lekarzy i połowa personelu średniego.

Dobrze, że jest ta szczepionka

- Nie jest łatwo - przyznaje prof. Gromadziński. I nie chodzi mu o niedogodności techniczne. - W ciągu 3 miesięcy istnienia oddziału przyjęliśmy 210 pacjentów. Zdarzają się zgony. Do tego nie można się przyzwyczaić. Zarówno personel, jak i pacjenci korzystają więc z pomocy psychologa. Bardzo dobrze, że jest wreszcie ta szczepionka – zapewnia prof. Gromadziński.

Widok z covidowego łoża

Profesor ma także obserwacje z drugiej strony. Na swoim oddziale przeleżał jako pacjent 10 dni. Przeszedł chorobę ciężko. 

- Z punktu widzenia pacjenta najtrudniejsza do zniesienia jest samotność. Nikt cię nie może odwiedzić. Możesz co najwyżej porozmawiać przez telefon, ale wiele osób jest za słabych na rozmowy telefoniczne. Okazuje się, że już sama obecność kogoś bliskiego dodaje otuchy – dzieli się swymi wrażeniami prof. Leszek Gromadziński.

Jako lekarz i jako były pacjent apeluje: nie ryzykujmy, unikajmy, jak możemy okazji do zachorowania. COVID jest nieobliczalny i potrafi zniszczyć najsilniejszy organizm. Szczepmy się bez zwłoki!

Lech Kryszałowicz, fot Małgorzata Smieszek

w kategorii