Kortau 1945. Czas pogromu

Dom dyrektora szpitala psychiatrycznego
Kortowo to jeden z najpiękniejszych kampusów uniwersyteckich w Polsce. To także miejsce usiane grobami z różnych czasów, kryjące szczątki ludzi rozmaitych nacji, wieku i pochodzenia, cywilów i żołnierzy, którzy spoczęli w tragicznych i często nie do końca wyjaśnionych okolicznościach. Szczególnie krwawy był styczeń 1945 r.

Na UWM odbyła się ogólnopolska konferencja naukowa pt. „Prawnokarne i kryminologiczne aspekty ochrony dziedzictwa kultury pogranicza" (11-12.12.2019). W trakcie konferencji dr hab. Monika Kotowska z Katedry Kryminologii i Polityki Kryminalnej Wydziału Prawa i Administracji UWM wygłosiła referat dotyczący dziedzictwa historycznego Prus Wschodnich na przykładzie działalności szpitala psychiatrycznego w Kortowie.

– Kortowo jest jednym z najbardziej atrakcyjnych kampusów uniwersyteckich w Polsce, a jednocześnie – przez ponad 60 lat – był siedzibą szpitala psychiatrycznego i miejscem masowych zabójstw. Skąd zainteresowanie tym tematem?
– Część historii przedwojennego Kortau do dziś pozostała białą plamą. Zarówno źródła polskie, jak i niemieckie traktują dzieje Kortowa wstrzemięźliwie, zawierając pojedyncze i lakoniczne informacje. Dotyczą one głównie pogromu popełnionego przez żołnierzy radzieckich w kortowskim lazarecie.

– Co zatem możemy powiedzieć o przeszłości tego miejsca?
– Tereny Prus Wschodnich, na których położone jest obecne miasteczko akademickie, określano mianem niemieckiej Syberii. To był najbardziej wysunięty na wschód obszar Rzeszy, oddalony i peryferyjny. Były to tereny wielokulturowe i wielonarodowościowe. Niemcy traktowali jednak mieszkańców Prus Wschodnich z wyższością. Znane było powiedzenie: „Gdzie kończy się kultura, tam spotkasz Mazura". Berlin zainteresował się tym regionem po wyborach w 1933 r., kiedy narodowi socjaliści uzyskali tu wysokie wyniki. Do Mazurów przemawiały zwłaszcza hasła bezklasowego społeczeństwa narodowego, w którym wszyscy mieszkańcy niemieckiej Rzeszy będą równi. Dowartościowywanie Mazurów i zwalczanie stereotypu niecywilizowanego wschodu przynosiło plony.

– W 1993 r. ukazała się książka Stanisława Piechockiego „Czyściec zwany Kortau. Nieznana historia". Dlaczego przed I wojną światową Kortowo nazywano Totenkopf, czyli Trupi Czerep
– Niektórzy twierdzą, że pagórki rozciągające się pomiędzy Jeziorem Kortowskim a Łyną przypominały swoim naturalnym kształtem czaszkę. Co do jednego historycy są zgodni: ziemia obecnego miasteczka akademickiego, to miejsce usiane grobami z różnych czasów, kryjącymi szczątki ludzi rozmaitych nacji, wieku i pochodzenia, cywilów i żołnierzy, którzy spoczęli w tragicznych i często nie do końca wyjaśnionych okolicznościach.

– Kiedy pojawiły się pierwsze wzmianki o Kortowie?
– Było to w 1886 roku. Wówczas, 2 czerwca, powstał kortowski Zakład dla obłąkanych z dwoma oddziałami – jednym dla kobiet i drugim dla mężczyzn. W tym czasie na terenie Prus Wschodnich znajdowało się ogółem ponad 7 tys. chorych umysłowo. W kolejnych latach, aż do 1907 r. ośrodek sukcesywnie rozbudowywano, zmieniając jego oblicze. Z czasem zaczął on przypominać bardziej koszary lub zakład karny niż szpital. Była to jedna z największych i najnowocześniejszych tego typu placówek na terenie Prus Wschodnich, co pozwalało oprócz działalności leczniczej także na realizację prac badawczych oraz wydawanie ekspertyz biegłych. Lekarze po przeprowadzeniu obserwacji szpitalnej wydawali opinie sądowo-psychiatryczne na potrzeby policji, prokuratury i miejscowych sądów. Na terenie szpitala znajdowały się pomieszczenia laboratoryjne, sale wykładowe, zakład anatomopatologii z działem sporządzania preparatów anatomicznych oraz prosektorium.

– Wspomniała Pani Doktor o prowadzeniu badań na osobach chorych psychicznie. Co możemy więcej powiedzieć o tej ciemnej historii Kortowa.
– Z uwagi na to, że w Niemczech od 1934 r. przeprowadzano zabiegi sterylizacji, które dokonywano głównie na psychicznie chorych, takie praktyki miały miejsce również w kortowskiej placówce. W celu ulepszania metod chirurgicznej sterylizacji przeprowadzano eksperymenty na pacjentach, co w wielu przypadkach prowadziło do powikłań i zgonów. 1 września 1939 r. Hitler wydał tajny akt nazywany dekretem o eutanazji, określany kryptonimem „T-4", który stanowił podstawę programu likwidacji psychicznie chorych Niemców. Pismo Hitlera nie posiadało sankcji ustawy i lekarze mogli się od wykonania jego zaleceń uchylać, jednak z własnego wyboru często postępowali inaczej – odmowa mogła oznaczać kłopoty w karierze lekarskiej, odwołanie z funkcji bądź przeniesienie do innego zakładu. Akcja Hitlera miała na celu planowane i masowe wyniszczenie około 300 tysięcy Niemców z chorobami i zaburzeniami umysłowymi i ukrycie tej zbrodni w taki sposób, aby świat uwierzył w ich naturalną śmierć. Do akcji oprócz osób chorych i z zaburzeniami psychicznymi kwalifikowano internowanych przestępców, osoby chronicznie chore, hospitalizowane ponad 5 lat oraz takie, których nikt nie odwiedzał. Dokumentacja chorych i lekarzy uczestniczących w akcji „T-4" została niemal całkiem zniszczona. Lekarze, którzy decydowali się na dokonanie eutanazji aplikowali swoim pacjentom doustnie bądź w postaci zastrzyków, trujące dawki środków farmakologicznych. Były to z reguły preparaty barbiturowe, morfina, skopolamina, chloral hydrantu, luminal itp. Środki podawane w dawkach uderzeniowych zabijały natychmiast, zaś ordynowane periodycznie i jedynie w ilościach podwyższonych powodowały mniej lub bardziej przewlekłe zatrucie organizmu i stopniowe jego wyniszczanie, aż do powikłań, które sprowadzały pozornie naturalną śmierć. Organizm, w skrajnej fazie wycieńczenia, atakowały najczęściej schorzenia infekcyjne, w następstwie których pacjent umierał. W rubryce „przyczyna zgonu" wpisywano wówczas z reguły gruźlicę płuc, zapalenie płuc, zakażenie krwi itp. W 1941 r. niemal u 2/3 pacjentów zmarłych w kortowskim zakładzie podawano jako przyczynę zgonu właśnie gruźlicę płuc i zapalenie płuc – dopiero w dalszej kolejności znalazły się takie przyczyny jak: wyczerpanie wskutek choroby umysłowej, ataki epileptyczne czy obrzęk mózgu. W ocenie Stanisława Piechockiego, w tamtym czasie, wśród mieszkańców Olsztyna i okolic panowało przekonanie, że jeśli ktoś z bliskich został umieszczony w kortowskim szpitalu, to już wkrótce można było się spodziewać nadejścia urzędowego zawiadomienia o jego zgonie.

– W czasie II wojny światowej część szpitala psychiatrycznego przekształcono w lazaret wojenny. Pensjonariuszy zastępowali hospitalizowani żołnierze niemieccy...
– Szacuje się, że w wyniku akcji „T-4" z kortowskiego zakładu usunięto przynajmniej 800 pensjonariuszy. Według kolportowanej w czasie wojny oficjalnej prasy hitlerowskiej chorych z Kortowa przeniesiono do innego zakładu psychiatrycznego, poza granice Prus Wschodnich, ale już wówczas mało kto dawał wiarę takiej wersji wydarzeń, szczególnie wobec braku możliwości uzyskania informacji, dokąd pacjenci zostali przeniesieni. Prezydent Wyższego Sądu Krajowego w Królewcu pismem skierowanym do prezydenta Sądu Krajowego w Olsztynie z dnia 8 stycznia 1941 r. (znak: 347 Lf-61/41) potwierdził jedynie wywózkę chorych z zakładów położonych w Prusach Wschodnich poza granice tej prowincji stwierdzając jednocześnie, że wyjaśnienie ich losu nie jest aktualnie możliwe. W przedmiotowym piśmie nakazał jednocześnie opiekunom i kuratorom osób psychicznie chorych, uzasadniając to wyższymi racjami, zaniechania interwencji u władz różnego szczebla, co do losów ich podopiecznych wywiezionych z zakładów psychiatrycznych Prus Wschodnich do innych zakładów w głębi Niemiec. Zamordowanym pensjonariuszom z Kortowa poświęcony jest wzniesiony przy ul. Baczewskiego w Olsztynie, na wydzielonym cmentarzu, pomnik Ofiar terroru hitlerowskiego. Tu, w jednej kwaterze, mieli spocząć na wieki ekshumowani po wojnie z okolicy więźniowie różnych hitlerowskich obozów i wydobyci z kortowskich grobów obywatele niemieccy. Dokładna liczba wszystkich ofiar akcji „T-4" nie jest znana. Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze określił ją na 275 tysięcy dorosłych i dzieci. Sami Niemcy już w grudniu 1941 r. w przedłożonym Himmlerowi – szefowi SS i Frickowi – ministrowi spraw wewnętrznych III Rzeszy sprawozdaniu z jedynie pierwszego etapu akcji pisali: „wedle starannie przeprowadzonych obliczeń cyfra chorych umysłowo, debilów i nieuleczalnie chorych, którzy zostali zlikwidowani wynosi co najmniej 200 tysięcy, a liczba starców co najmniej 75 tysięcy".

– W styczniu 1945 r. do Kortau wkroczyła Armia Czerwona dokonując masakry zarówno pacjentów, jak i personelu medycznego. Większość budynków szpitala została spalona, a przez kilka kolejnych miesięcy budynek stał opuszczony. To kolejna smutna historia tego miejsca.
– Ewakuację szpitala ogłoszono dopiero 21 stycznia 1945 r. Pacjentów załadowano do wagonów na dworcu kolejowym w Olsztynie i od tego czasu ślad po nich się urywa. Z czasem zostali oni uznani za zaginionych. Kortowski cmentarz sięgający z jednej strony po samo jezioro, z drugiej zaś po drogę na Olsztynek, rozpościerający się zaraz za kortowską kotłownią, był miejscem pochówku przede wszystkim podopiecznych placówki jak również członków jej personelu, mieszkańców Kortowa i jego okolicy. Jeszcze latem 1946 r. niedaleko cmentarnej bramy znajdował się korpus kamiennego anioła, podziurawionego kulami z broni ręcznej. Na jego głowie znajdował się niemiecki hełm, a na jego ramieniu widniała hitlerowska opaska ze swastyką. Ostatni grób na tym cmentarzu usypano 19-letniemu zmarłemu strzelcowi niemieckiemu, 18 stycznia 1945 r., który zmarł w kortowskim lazarecie. Po wojnie cmentarz stał opuszczony, grabiony i dewastowany. Zlikwidowano go pod koniec lat 50. XX w. przygotowując teren pod budowę obiektów Wyższej Szkoły Rolniczej. Do końca 1953 r. ekshumowano stąd łącznie 3625 zwłok, jednak zapewne nie wydobyto z kortowskiego cmentarza szczątków wszystkich spoczywających tam zmarłych. Do dziś wiele wydarzeń mających miejsce na terenie obecnego Kortowa nie zostało wyjaśnionych. Olsztyńska Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce nie wszczęła postępowania wyjaśniającego kwestii sposobów stosowania eutanazji na dziko oraz jej rozmiarów w kortowskim zakładzie psychiatrycznym. Do niewyjaśnionych historii należy los kilku lub nawet kilkunastu lekarzy, którzy zostali znalezieni powieszeni na strychu przy ulicy Warszawskiej 111. Nieznane są też losy 100 pacjentów, których ewakuowano pociągiem z Dworca Zachodniego w stronę pobliskich Naterek. Nigdy tam nie dotarli.

Sylwia Zadworna

fot. Archiwum i Muzeum UWM